Ledwie Donald Trump ugasił pożar, który wybuchł w maju br. pomiędzy skłóconymi od lat nuklearnymi potęgami Pakistanem oraz Indiami, i mógł skutecznie wziąć się za rozwiązywanie problemów Bliskiego Wschodu, to na horyzoncie pojawił się nowy płomień. Wybuchły walki pomiędzy armią Pakistanu a afgańskimi talibami. Media, zajęte negocjacjami między Izraelem i Hamasem, nie poświęciły tej sprawie zbyt wiele uwagi. Co łączy te trzy zapalne ogniska naszego świata – tak przecież odległe od siebie? Wydawałoby się, że nic, co więcej – starcia na granicy pakistańsko-afgańskiej bardziej wyglądają na rodzinną awanturę. A jednak jest coś, co łączy te konflikty – ręka Europejczyka. To rękoma brytyjskich dyplomatów i polityków pod wodzą lorda Mountbattena kreślono w 1947 r. granicę między hinduistycznymi Indiami a muzułmańskim Pakistanem, kończąc kilkusetletnią jedność subkontynentu indyjskiego. Deklaracja premiera Wielkiej Brytanii Balfoura z 1917 r. stała się częścią traktatu z Sèvres, będącego de facto rozbiorem Imperium Osmańskiego. Mocarstwa europejskie, flirtując z ruchem syjonistycznym, utworzyły Palestynę, która w założeniu miała przecież być domem dwóch bratnich semickich narodów.
O co poszło tym razem na granicy Afganistanu i Pakistanu? W szczególe o atak pakistańskich dronów na obiekty w Kabulu. W ogóle o tzw. linię Duranda. Czy Durand był Afgańczykiem? A może Hindusem? Nie, sir Mortimer Durand był brytyjskim dyplomatą, któremu w 1893 r. zlecono dokonanie rozgraniczenia między „Perłą w Koronie” – Indiami Brytyjskimi a ciągle niespokojnym Afganistanem. Wziął zatem liniał do ręki i zaczął kreślić na rozłożonej mapie. Kreślił rozsądnie, grzbietami gór, dolinami rzek, środkiem bezpańskiej pustyni – w sumie 2640 km linii granicznej. Sir Mortimer nie wziął tylko jednej rzeczy pod uwagę, że oprócz rzek, gór i pustyni żyją tam ludzie. Ci ludzie to Pasztuni. Stanowią oni prawie 40% liczącej już 42 miliony populacji Afganistanu, po drugiej stronie granicy w Pakistanie żyje ich 40 milionów. Mają swój język paszto i kodeks honorowy pasztunwali. Kolejny po Kurdach czy Beludżach naród bez ojczyzny. Co spowodowało wymianę ognia między krajami, które mają ze sobą wiele wspólnego? Krajami, z których jeden udzielił kiedyś schronienia bojownikom spoza linii Duranda? No właśnie, powodem byli talibowie, tym razem talibowie pakistańscy z organizacji TTP (Tehrik e-Taliban Pakistan). Korzystają oni jako Pasztuni z gościnności swoich braci zza miedzy zgodnie z kodeksem pasztunwali. Ci sunniccy ortodoksi są w opozycji wobec władz w Islamabadzie, uważanych przez nich za zbyt liberalne i świeckie. Kiedyś z ich gościnności korzystali talibowie afgańscy, dziś role się odwróciły. Mimo bliskich relacji obydwu krajów obecność pakistańskich talibów w Afganistanie stawia władze w Kabulu przed takim samym problemem jak niegdyś obecność Osamy bin Ladena. Kodeks pasztunwali zobowiązuje je do pomocy i ochrony swoich pasztuńskich braci. Zapomniana linia Duranda, która podzieliła kiedyś ich ziemie, nigdy nie została przez władze Afganistanu uznana. Tymczasem władze Pakistanu, nękane zamachami ze strony TTP, wymierzonymi głównie w siły zbrojne, policję i administrację rządową usiłują siłą wyeliminować groźnego przeciwnika. Bezpośrednią przyczyną najnowszego konfliktu był atak pakistańskich dronów na przywódców tej organizacji rezydujących w Kabulu. Zostali zabici. Nie mogło to pozostać bez odpowiedzi, stąd wymiana ognia w kilku prowincjach pogranicznych i zamknięcie głównych przejść granicznych w Torkham na północy i Chaman na południu. Utknęły na nich setki ciężarówek, blokując wymianę handlową między krajami. Sytuacja taka zapewne nie potrwa długo, bo obie strony zbyt wiele łączy. Pewnie jeden telefon Donalda Trumpa załatwiłby sprawę, dodając kolejny wawrzyn do jego korony gołąbka pokoju. Ma on jednak ważniejsze sprawy na głowie i można się spodziewać, że wszystko szybko tak czy owak wróci do normy. Istniejące międzynarodowe bezpośrednie połączenia lotnicze z Kabulem umożliwiają już od dwóch lat podróże turystom, tak chętnie witanym przez miejscowe władze. Starają się one wykorzystać potencjał turystyczny kraju w walce z biedą coraz liczniejszej ludności. Coraz więcej biur podróży, w tym również z Polski, oferuje wyjazdy do Afganistanu pomimo ostrzeżeń ze strony polskiego MSZ. Kraj jest bardzo przyjazny turystom mimo braku infrastruktury, a poziom bezpieczeństwa stopniowo wzrasta. Owszem, istnieją liczne posterunki kontrolne, trzeba przestrzegać miejscowych norm i obyczajów, ale wspaniała przyroda i zabytki warte są ryzyka.
Zbigniew Mielczarek
13.10.2025


0 komentarzy